Zdjęcia wykonane na rozdaniu świadectw i ostatnich zajęciach Kursu pedagogicznego w Wyszkowie.
Zdjęcia wykonane na rozdaniu świadectw i ostatnich zajęciach Kursu pedagogicznego w Wyszkowie.
W poniedziałkowy burzowy (nie burzliwy!) wieczór mieliśmy w naszej maleńkiej Ostrowi prawdziwą ucztę muzyczną! Niesamowitym jest fakt, że na deskach naszego MDKu gościmy muzyków na tak wysokim poziomie dających nam – odbiorcom odczucia, jakich nie powstydziłby się żaden koneser muzyczny… a naszych ostrowskich koneserów nie brakowało
(pozdrowienia dla ostrowskiego środowiska muzycznego
)
Panowie z formacji JAROSŁAW BOTHUR QUARTET zagrali wspaniałe utwory ze swoje repertuaru, a także usłyszeliśmy utwór z repertuaru Johna Malkovicha “Circular motion”. Osobiście najbardziej podobał mi się utwór tytułowy z debiutanckiej płyty Kwartetu: Lilla Chezquiz – jest to bez wątpienia utwór niezwykle zmysłowy i zwyczajnie piękny – gdy to grali… na dworze zaczęło padać i na salę wdał się duszny zapach wilgoci burzy… nie da się tego opisać. Może wystarczy jedno słowo na to wczorajsze piękne wydarzenie: dziękujemy.
Poniżej kilka fotek.
10 maja (czyli dziś) w sali widowiskowo – kinowej MDK, o godz. 19:00
Wystąpi zespół JAROSŁAW BOTHUR QUARTET.
Zespół tworzą:
Jarosław Bothur – saksofon tenorowy
Jakub Płóżek – fortepian
Maksymilian Mucha – kontrabas
Grzegorz Masłowski – perkusja
Wstęp wolny zapraszamy
Kwartet w niezmienionym składzie działa od września 2009. Repertuar zespołu stanowią głównie kompozycje lidera, osadzone stylistycznie we współczesnym jazzie mainstreamowym. Do tej pory Jarosław Bothur Quartet otrzymał GRAND PRIX i pierwszą nagrodę dla najlepszego zespołu na festiwalu
“Tarnów International Jazz Contest” Tarnów 2009
Dziś pragnę polecić wspaniały kawał twórczości kanadyjskiej piosenkarki Lhasy de Seli. Pamiętam doskonale, gdy usłyszałam pierwszy raz na koncercie Anity Lipnickiej utwór “Love came here“… to było zjawiskowe odkrycie, które spowodowało lawinę nowych i dziś stwierdzam, że Lhasa jest dla mnie zjawiskowa. Jej głos i jakiś niepokój i normalność jej osoby… niestety przedwcześnie zmarła, Lhasa nie odwiedzi Polski z koncertem na żywo, co osobiście zaczęło mi się marzyć… trudno – mamy jednak na youtube.com trochę jej twórczości akustycznie – zagranej w Montrealu. Poniżej zamieszczam kilka moich ulubionych kawałków. Polecam cały album pt. “Rising” i “Lhasa” – niech wieść o wspaniałej piosenkarce niesie się jak najdalej, bo była wybitna i przykład jej życia jest godny wspomnienia.
… niestety. Rok pod znakiem Chopina powinien obfitować w uczty muzyczne i wszelkie niespodzianki smakowania wielkiego polskiego twórcy w wyrafinowany sposób. No właśnie. Miałam okazję być na koncercie p.t. “Chopin klasycznie, jazzowo, rockowo” w Sali Kongresowej, w której czuję się jak w jakiejś starej placówce kulturalno-oświatowej ilekroć nawiedzam mury naszego “pekinu”. Opisy koncertu były bardzo obiecujące, głównie dzięki wspaniałym artystom (Leszek Możdżer, Janusz Olejniczak, Anna Serafińska, Marek Napiórkowski, Ryszard Sygitowicz, Marek Raduli, Jacek Królik, Royal Quartet i Tadeusz SZLENKIER) i cóż… w sumie to gdyby nie Leszek Możdżer to… no ale po kolei. Gdy na scenę wyskoczył z podskokiem prowadzący koncert Maciej Miecznikowski i zachowywał się jak wodzirej na weselu to pomyślałam, że to może tylko tak na wstęp… piszę o tym nie dlatego, że jestem zamknięta wobec takich zjawisk jak prowadzenie imprez, ale raczej nie w ten sposób. Próbował nawiązać dialog z publicznością – nie mam pojęcia po co – choć podobno była na widowni jakaś młodzież, ale dla nich podejrzewam było to żenujące, wszak przyszliśmy słuchać Chopina, a nie przeżywać prywatę konferansjera. Ale dzięki niemu mamy kilka tekstów do śmiechu typu “czujecie to?” (jak pani Basia mówiąca o kupie psa sąsiada i o sobie prosto z mostu) oraz dowiedzieliśmy się, że Miecznikowski ma drzewko nazwane Fryderyk Chopin – pewnie jest wątłe jak nasz wirtuoz, bo podczas koncertu dowiedzieliśmy się wszyscy ile ważył Chopin przy 173 cm wzrostu – 44 kg! Nieźle. No ale nie odwracajmy uwagi od tego, co najważniejsze przecież w koncercie – od muzyki Chopina wszak
nie wspomnę nawet do baleciku, który tańczył do aironmaidanowych wersji utworów twórcy. Ba! Nie napomknę nawet o serduszkach i gołąbkach latających na telebimie. Nie wiem… może ja nie pojmuję takich trudnych rzeczy, ale dla mnie to było zwykłe show na dorobku artystycznym Chopina. Naprawdę były przyzwoite momenty i gdy koncert zaczął nabierać jakiegoś rozpędu to zwyczajnie… skończyli. Echhh… naprawdę gdyby nie Możdżer… i klasyczni wykonawcy – fortepian, śpiew i kwartet smyczkowy to byłabym maksymalnie zniesmaczona, a tak tylko trochę jestem. Jest to jakieś doświadczenie – krótkie, ale zawsze jakieś.
Mimo wszystko jestem ogromnie wdzięczna za to, żeśmy tam byli ekipą fajnych ludzików i dziękuję Oleńce za wyciągnięcie mnie
Źródło: http://www.lastfm.pl/event/1467895+Chopin+klasycznie%2C+jazzowo%2C+rockowo
Moja ulubiona piosenka z płyty “Hard land of wonder”. Myślałam o tym teledysku: “Ciekawe co tam będzie? Jak go zrobią?”, bo przecież jest to piosenka o największej prawdzie miłości – o tym, że ona zmienia… to jest jedyna siła, która jest w stanie nas zmienić – wydobyć z nas światło na zewnątrz i oświetlić wszystko dookoła. Tak jest zresztą w tekście piosenki. Pamiętam doskonale, że na swoim koncercie Anita powiedziała, że każdemu życzy takiej miłości. Oczekując na teledysk myślałam, że będzie to fabularny teledysk – z “nią i nim”. A tutaj… hm… widzimy bardzo ścisłe kadry codzienności Anity: nagrywanie piosenki i krajobraz morza grające raczej na emocjach niż na doznaniach obrazu w całej swojej dosłowności. Teledysk pokazuje bliskość między ludźmi – po pierwsze między naszą bohaterką a osobą, której zaledwie widać cień na teledysku, ale jego postać mam wrażenie symbolizuje morze. Ukochana osoba to nie tylko osobowość i ciało, ale szereg emocji, wspomnień, doznań, które wywołują również sytuacje, wspomnienia. Morze jest tu przykładem moim zdaniem. Co więcej – to morze zdaje się towarzyszyć w pracy, która jest codziennością dla Anity. Ładnie jest pokazany kabel i linia na piasku. Tak jakby kamera pokazywała skojarzenia bohaterki teledysku. Miło było też zobaczyć muzyków towarzyszących Anicie – powróciły wspomnienia cudownego koncertu w Fabryce Trzciny. Dlatego śmiem twierdzić, że teledysk ukazuje bliskość między muzykami, którą wielokrotnie dało się odczuć na koncercie. I taka jest prawda – dzięki miłości można być bliżej innych ludzi, bo daje takie poczucie spełnienia, które nie wywołuje pychy, ale bezpieczną zostawia tą przestrzeń, którą tak łatwo wypełnić byle czym. Teledysk jest bardzo osobisty i jako odbiorca bardzo to doceniam. Ktoś może powiedzieć, że jest to prosty teledysk i każdy może coś takiego zrobić i pewnie kręcony był w dwa dni. A nawet jeżeli tak – to co z tego? Efekt jest niezwykle subtelny po głębszym przemyśleniu. Te obrazy kojarzą mi się ze “stanem zapatrzenia” – to tzw. “zawiecha”, kiedy gapisz się w jeden punkt niekoniecznie związany z całością i intensywnie myślisz o czymś i tak przyglądasz się czasem czyimś butom, fryzurze, napisie na kartce nie czytając go, skupiasz się wtedy na tym, co masz w środku zapominając o rzeczywistości. Taki jest ten teledysk. Podoba mi się – wpisał się w klimat płyty i całości artystycznej. Chylę czoła twórcy i całemu zespołowi.
Teledysk niestety można obejrzeć na jednym z portali: http://www.onet.tv/anita-lipnicka-you-change-me,6674329,6,klip.html# może niebawem na youtube.
Tego jeszcze nie było… tak wielkiego przedsięwzięcia fotograficznego w całej mojej amatorskiej karierze fotografa
do projektu zaangażowane zostały przedstawicielki grafików-fotografików z Ostrowi Mazowieckiej: Anna Izabela Pieńkos oraz Kamila Mańkowska. Przygotowania trwały dużo czasu, ale warto było – za naszymi obiektywami stanęli Panowie z zespołu Trolejblues, by owoc naszej pracy zaistniał na okładce ich debiutanckiego albumu “ostrowmaz.pl”, którego można posłuchać na stronie Zespołu w zakładce “Próbki twórczości“. Ostateczne nasze zmagania można będzie zobaczyć na oprawie płyty, jednak kilka migawek z sesji zamieszczam poniżej. Mojego autorstwa.
Póki co chciałabym serdecznie podziękować za przemiłe niedzielne popołudnie, które mam nadzieję będzie owocne zarówno dla koleżanek – fotografów, jak i Zespołu Trolejblues i ich płyta rozejdzie się w zastraszającym tempie w nakładzie tysięcy egzemplarzy