lip 30, 2007 - Felietony    No Comments

Nowy łów

Tekst napisany dla Fundacji AMF, na potrzeby książki, która będzie zawierała rozmowy z Janem Pawłem II. Jest to dla mnie wielki zaszczyt, bo bardzo szanuję działalność tych zacnych ludzi.

Ojcze Bliski! 


Dziękuję Ci za list, przepraszam, że dopiero odpisuję, ale tak naprawdę odczytałam go dopiero niedawno. Odczytać list to znaczy przyjąć go do siebie – jak dar, wiedzieć od kogo jest, a gdy już się to wie to trzeba pojąć dlaczego właśnie ta osoba pisze i dlaczego właśnie to napisała. Twój list był długi i wymagał wielu wieczorów misternie spędzonych na odczytaniu poszczególnych słów. I stało się – stanęłam przed ludźmi podczas Dnia Papieskiego cytując Twój list do mnie: (…) ledwo stoję na progu, skąd widać nowy świat. Wiem, czego ode mnie oczekujesz, Ojcze, widzę ten nowy świat, który mi nieustannie pokazujesz w ludziach i naprawdę ledwo stoję na tym progu, ale oni Cię znali jak i mnie dane było poznać Ciebie. Gdy żyłeś, bałam się Twojej śmierci, gdy umarłeś, boję się, że ludzie o Tobie zapomną. Boję się, że moje dzieci, moje wnuki zapytają kim był „ten” Jan Paweł II. Ale najbardziej boję się tego, że nie będę umiała im odpowiedzieć w sposób, który by Ciebie nie umniejszył. Co powiem? Że byłeś największym z Polaków? Że znałeś wszystko, co w nas – Polakach dobre, w nas – ludziach ludzkie, że całe społeczeństwa obdarowywałeś ojcostwem. A jeśli zapytają co to znaczy? Jeśli nie będą potrafiły zrozumieć co znaczysz? Co znaczysz dla mnie, Ojcze? Dlatego postanowiłam, że opowiem im bajkę na przebudzenie o pewnym rybaku, który odwiedzał dzikie i niebezpieczne wyspy. Dedykuję ją Tobie, Ojcze. Mam nadzieję, że bajka ta pokaże jak bardzo Twoja obecność, Twoje przybycie jest ważne.

Na odpowiedź będę czekała z niecierpliwością.

Pozdrawiam Cię serdecznie, ucałuj ode mnie świat,

Beat(k)a


„Nowy łów” 

Płynął długo, wiele mil morskiej żeglugi. W słońcu, w wichrze, w deszczu. Zapasy dobiegały końca. Ocean zdawał się być bezkresem, a samotność i głód zaczęły dawać się weznaki. Pewnego poranka dostrzegł wyspę, płynął bez mapy, ufał drodze. Nie wiedząc nic na temat nowego lądu postanowił przycumować w jedynym możliwym miejscu – prawie cały brzeg spiętrzony był skałami. Wycieńczony położył się na plaży by chwilę odetchnąć. Jego oczom ukazał się człowiek:

- Witaj panie, jestem strażnikiem tej wyspy. Powiedz kim jesteś, skąd i po co przybywasz.

- Jestem rybakiem, przybywam z dalekiego kraju, a wyczerpały mi się zapasy i chciałbym je uzupełnić na tej wyspie.

- Tu nie znajdziesz, panie, ryb. Niebezpiecznie jest wypływać w pełne morze taką małą barką, panie. Możesz tu zostać do jutrzejszego poranka, panie, inaczej morze rozbije twoją barkę o skały. Tu opodal jest las, znajdziesz tam wszelkie zapasy. Za lasem jest pasmo gór.

Gdy chciał zapytać o to, co znajduje się za górami, strażnik znikł.

Długo błądził po lesie, nie znalazł zbyt wiele. Zwykły podróżnik napełniłby sakwy i kufry i zacząłby szukać na innej wyspie. Jednak on miał przeczucie, patrzył na pasmo gór z jakąś tęsknością w sercu, z jakimś utajonym wspomnieniem. W pewnym momencie wydało mu się, że słyszy muzykę. Dobiegała się jakby zza gór. Postanowił wspiąć się wyżej i zobaczyć, co się tam dzieje. Jego oczom ukazało się miasto, ogromne miasto – żyjąca, tętniąca życiem metropolia. Po chwili u jego boku stanął strażnik:

- Moja pani nie życzy sobie odwiedzin w tej części wyspy, dla obcych ona nie istnieje. Jeśli chcesz zdążyć przed świtem, panie, nie możesz zapuszczać się w głąb wyspy.

- Co to za miasto?

- To Miasto Życia, panie. Gdy raz do niego wejdziesz, musisz tu zamieszkać, moja pani nie pozwoli ci odjeść, panie.

- A kim jest twoja pani?

- To jest jej wyspa, ona jest wyspą, wyspa jest nią. Jeśli chcesz ją poznać, możesz porozmawiać z ludźmi z miasta, ale wtedy będziesz musiał tu zostać, panie. Na zawsze.

- A skąd dobywa się ta muzyka?

- To z domu mojej pani, ona nie mieszka w mieście swoich ludzi. To są tylko wspomnienia, ona żyje daleko stąd, tam gdzie wschodzi słońce. Jesteś zbyt zmęczony, panie, by tam się udać, nie dasz rady. To bardzo niebezpieczne miejsce, nie warto, panie.

Gdy chciał zapytać dlaczego nie warto, strażnik znowu znikł. Było coś w tym miejscu, coś przenikającego, niepokojącego, niezwykłego i pociągającego zarazem. Wyspa wydawała mu się znajoma. Już kiedyś trafił na podobną wyspę, ktoś był wyspą, wyspa była kimś, kimś ważnym. Wiedział, że to nie jest zwykły kawałek lądu – to była czyjaś dusza.

W mieście działo się dużo, ludzie byli raczej uśmiechnięci, łatwo można było rozpoznać miejsca z dzieciństwa, z młodości. Przemierzał ulice wspomnień pełną ludzi robiących to, jak ich zapamiętała: dzieci w przedszkolu bawiące się w piaskownicy, do przedszkola prowadziła brama z dwoma lwami, żyjącymi lwami – ziewały monumentalnie ustawione po bokach. Spojrzały na rybaka, wodząc za nim wzrokiem. Musiała być ciekawym dzieckiem, skoro lwy żyły, może się ich bała? Inne wspomnienie z przedszkola: kolorowanka z misiem, pomalowana na brązowo, miś wycięty został starannie, ale widocznie niechcący został pozbawiony nogi, był śliczny. Czuł się jak w muzeum, obrazy przemijały jedno po drugim jak chmury na niebie – bez pośpiechu, radośnie. Przyszedł czas na podstawówkę: gabinet lekarski, korytarz, dzieci. Do tego zegar, który wyznaczał dzwonki na przerwę i na lekcję. Wisiał na lewo od wejścia do pokoju nauczycielskiego. Widać był dla niej ważny. Wszedł na górny korytarz. Tam zobaczył już starsze dzieci i otwartą klasę historyczną. Tam najwięcej było młodzieży, robili „gazetkę”. Klasa była wyjątkowo wyraźnie zapamiętana, wiele eksponatów, nauczycielka z serdecznym uśmiechem. Po chwili usłyszał dźwięk pianina – w sali obok ktoś grał „Rotę” i „Legiony”, po chwili „Pierwsza kadrowa”, widać śpiewała w chórze. Zobaczył jeszcze klasę biologiczną na tym samym piętrze, także była bardzo wyraźna: na prawo od tablicy stał plastikowy szkielet człowieka w zaszklonym regale, było tam też bardzo dużo roślin – dużo rozległych, zadbanych paproci, w regałach widniały preparaty zanurzone w formalinie, widać fascynowało ją to bardzo, każdy szczegół niósł ze sobą nowe obrazy wspomnień. Nauczycielka siedziała za biurkiem. Jej surowe spojrzenie niosło ze sobą jakąś łagodność, gdy uśmiechała się widać jej było dołki w policzkach, twarz jej jednak zdawała się być naznaczona cierpieniem, nie dawała po sobie tego poznać. W klasie języka polskiego zobaczył dyktanda z niskimi stopniami, pewnie jest dyslektykiem. Wszędzie szła za nim grupa dzieciaków, to była jej klasa. Opowiadali o niej, wciąż o nich pamiętała bardzo żywo, mówili, że lubi do nich wracać, opowiada im kim są teraz. Pokazali mu, gdzie jest jej dom. Odnalazł go bez problemu – taki pod łukami, wśród kwitnących wiśni i jabłonek, z ławką i huśtawką, ogródkiem i kwiatami. Nie zastał jej tam jednak.

Usłyszał dzwony pobliskiego Kościoła i dzwonki procesji Bożego Ciała, duży różaniec i zapach kwiatów, po chwili pojawia się Biskup ze słowami: Jadwigo, przyjmij znamię daru Ducha Świętego. Znów jej nie zastał, dawno nie wracała do tamtych chwil.

Przemierzył całe miasteczko zanim znów znalazł jej trop – kolejną szkołę. Wyraźnie zapamiętany budynek wyraźnie kojarzył jej się z radością. Był jasny i ciepły, serdeczny. Z sali gimnastycznej dobiegały odgłosy próby jakiejś akademii szkolnej, w klasach gwar, na korytarzu uśmiechnięci ludzie, rozśpiewani radością. Przemierzał poszczególne klasy, trafił do klasy rosyjskiego z wielkim napisem zawieszonym na tylniej ścianie: „УЧEНИЕ – ЛУЩЕЕ БОГАСТВО”. Hasło to wisiało ponad uczniami jak wyrocznia, która dodaje sił nauczycielowi. Zobaczył puste miejsce w ostatniej ławce. To była jej klasa.

  Tam jednak jej nie zastał także. Tutaj spotkał znajome twarze z podstawówki, wypytywał o nią jej klasę, lecz powiedzieli mu, że nauczyciele będą wiedzieć więcej. Niektórzy z nich znali rybaka, rozpoznawali go, mówili wszystko, co wiedzieli. Dowiedział się wiele. Znali ją dobrze. Niektórzy nie kryli łez, uśmiechali się serdecznie. Znali jej dom, znali jej umysł.

 Musiał się udać na skraj miasta, tam, gdzie leży taki rozległy budynek o tysiącu korytarzy i milionów przejść. To bardzo ciemne miejsce, w którym łatwo się zgubić i umrzeć z rozpaczy. Powiedzieli mu też, że tam mieszka jej matka. Dotarł tam pod wieczór. Zobaczył wielki pusty gmach, w środku panowała ciemność. Jedyne światło paliło się na piątym piętrze. Wszedł, schodami udał się na górę i tam zobaczył kobietę stojącą na korytarzu przy drzwiach z napisem „Blok operacyjny”. Nie śmiał do niej podejść. Wszędzie panował mrok, widział jednak krzątający się personel medyczny, widział okaleczone dzieci, dużo opatrunków, kroplówki. Musiał ją znaleźć, czuł wielki strach. Gdy już odważył się by podejść do matki, na jego drodze stanęła kobieta ubrana w turkusowy strój chirurgiczny, obcesowo kazała mu odczepić się od cierpiącej matki, a jeśli chce ją znaleźć to niech idzie do Doliny Najbliższych i poszpera w pałacach, może gdzieś tam teraz jest.

Dolina ta znajdowała się za miastem i mimo, że panował już mrok, tam panowała światłość. Znów się pojawił strażnik.

- Czy zapomniałeś o swojej łodzi, panie? O poranku z twojej łodzi nie zostanie nic, a i zapasów nie zgromadziłeś zbyt dużych. Chyba, że chcesz zostać na wyspie na zawsze, moja pani już szykuje dla ciebie miejsce w górach.

- Pamiętam o mojej łodzi, nigdy nie zapominam o niej. Przybyłem tu uzupełnić zapasy, nie mogę tu zostać.

- To wracaj do łodzi, panie.

- Nie mogę, ja stąd nie mogę wrócić z pustymi rękami.

- Ale wszystko, czego potrzebowałeś znajdowało się w lesie.

- Nie znalazłem tam niczego, co mógłbym zabrać ze sobą.

- To czego szukasz, panie?

- Szukam wiatru.

- Dolinie go nie znajdziesz, panie, ale to, czego szukasz będzie już blisko. Strzeż się, panie, z pustyni jeszcze nikt nie wrócił.

- Z pustyni? – zapytał, ale strażnik zdążył zniknąć.

Dolina Najbliższych to było miejsce, gdzie w skale wydrążone zostały najpiękniejsze pałace. Wszystko komponowało się jak gdyby siły natury same tego dokonały: wiatr i woda były głównymi rzeźbiarzami tego monumentalnego pałacu w skale. Gdy przechodził obok, na malownicze balkony pełne kwiatów wychodzili wytwornie ubrani ludzie w różnym wieku. Ubrani byli jak królowie, uśmiechali się do niego. Widział tam ludzi do siebie wizualnie podobnych – to pewnie była jej rodzina, a także widział ludzi, których spotkał w Mieście Życia. Ich włosy i szaty powiewały na wietrze, którego on jeszcze nie czuł. Szedł i podziwiał bogactwo form i radości tych ludzi. Na skraju doliny, podeszła do niego jej matka. Powiedziała mu, że jeszcze przed nim daleka i trudna droga, ale by się nie poddawał. Te słowa były mu potrzebne, gdy wszedł w gęsty i ciemny las. Głuche odgłosy skupiały na nim całą uwagę, przechodził przez jej strach, spotkał wszystko, czego się bała i napotykał wszystko zło, jakie ją spotkało w życiu, nawet to, którego sama była sprawcą. Wiedział o niej już praktycznie wszystko, nie widząc jej w ogóle. Szedł długo, niestrudzenie. Czuł jak oplatają go konary ponurych drzew, tuż nad głową latały nietoperze, goniły go wilki, gęstwiny szarpały jego koszulę. Nagle stanął przed wielkim jeziorem, krystalicznie czystym. Zmęczony długim marszem, zanurzył w nim twarz by ją opłukać z kurzu. Woda zdawała się otulać jego twarz. Umył twarz w jej łzach. W pewnym momencie jezioro pochłonęła wielka pustynia. Rozejrzał się dookoła, nie widział nic, jakby stał w samym środku pustki. Spojrzał w niebo – upstrzone było gwiazdami, niezliczone miliony gwiazd.

- Ja też lubię na nie patrzeć – usłyszał zdecydowany głos, jednak było zbyt ciemno, by dostrzec cokolwiek i kogokolwiek. Wiedział jednak, że stoi twarzą w twarz w właścicielką duszy, którą przemierzał przez cały dzień.

- Czy to ty jesteś tym rybakiem, który przybił do brzegu dziś rano?

- Tak.

- Podobno chcesz uzupełnić zapasy na dalszą wyprawę. O jakie zapasy ci chodzi? Jedzenia i wody dostałeś wystarczająco na brzegu. Dlaczego zadałeś sobie tyle trudu, by mnie odnaleźć na mojej własnej wyspie?

- Bo karmię się prawdą.

- Za dużo prawdy już poznałeś, powinieneś już odejść, twoja barka rozbije się o skały.

- Nie poznałem całej prawdy o tobie, dlaczego ukrywasz się przede mną w mroku?

- Bo nie ja sama nie znam całej prawdy o sobie – nie wiem gdzie jest mój dom.

- Powiedziano mi, że mieszkasz tam, gdzie wchodzi słońce.

- I zaiste tak jest, ale to nie wystarczy, by znać całą prawdę.

- Znam cię lepiej niż możesz to sobie wyobrazić. Nie wystarczy przemierzyć czyjejś duszy, a nawet w niej zamieszkać by kogoś znać – poznanie rodzi się ze zrozumienia człowieka jako całości – jego przeszłości, życia, teraźniejszości, ale i przyszłości, która także mieszka w jego duszy. Im bardziej wzrok natężam, tym widzę mniej, ukrywasz się w mroku, bo w mroku jest tyle światła, ile życia w otwartej róży, ile Boga zstępującego na brzegi duszy. Myślałaś, że cię życie ukryje przed tamtym Życiem, w głębiny przechylonym?

Na rybaka spadł deszcz, ciepły deszcz… słońce zaczęło wschodzić. Zobaczył, że stoi przy wielkim, ciernistym krzewie, który boleśnie wyrósł na środku pustyni… pustyni, której jego słowa przyniosły deszcz. W jego oczach zaczynały kwitnąć na krzewie kwiaty, ich zapach otulił jego pogodną twarz.

Pan, gdy się w sercu przyjmie, jest jak kwiat,
spragniony ciepła słonecznego.
Więc przypłyń, o światło z głębin niepojętego dnia
i oprzyj się na mym brzegu. 

- Twoja barka nie rozbiła się o skały, panie. – strażnik podszedł do niego cicho.

- Wiem. Barka nie była pusta.

- Po drugiej stronie wyspy jest plaża, tam łatwiej jest zacumować. Udaj się tam, panie, tam znajdziesz jej wiatr.

Słońce już było dość wysoko na niebie nim doszedł do celu. Jego oczom ukazała się postać na plaży, kreśląca jakieś słowa na piasku. Podszedł do niej.

- Znalazłeś mnie w końcu, poznałeś mój dom, czego jeszcze ode mnie oczekujesz?

Stanął na brzegu, jego stopy oblewały fale morskie, patrzył w dal, wskazał na horyzont, po czym powiedział:

- Dalekie wybrzeża ciszy zaczynają się tuż za progiem./Nie przefruniesz tamtędy jak ptak./Musisz stanąć i patrzeć coraz głębiej i głębiej, /aż nie zdołasz już odchylić duszy od dna.

Fot. O. Rembowska


Jej twarz pokryła się łzami. Podniosła oczy ku rybakowi, jednym spojrzeniem zawrzeć pytanie, odpowiedź, czas i siłę…Stać tak przed Tobą i patrzeć tymi oczyma,
w których zbiegają się drogi gwiazd -
O oczy, nieświadome Tego, Kto w was przebywa,
odejmując Sobie i gwiazdom niezmierny blask. 

Na horyzoncie pojawiła się łódź, niesiona jakby wiatrem, zatrzymała się na plaży tuż przy mnie stojącej, wpatrzonej w te dobre oczy dziecka, zaklęte w człowieku, któremu przeznaczenie przyniosło niewypowiedziane ojcostwo. Doskonale wiedział, co się czuję stojąc nad brzegiem, słysząc własne imię, widząc swoimi oczami część tego Widzenia, które wszelki mrok oświetla, które z nocy ciemnej dobywa dzień, które ze śmierci dobywa życie. Po dziś dzień skrawki tego Widzenia w sobie zbieram, by na skraju swojej duszy móc powiedzieć: „(…) umieram, bo nie umieram…”

Beat(k)a Lipska

 

Fragmenty „Pieśni o Bogu ukrytym” oraz fragment poezji „ŻYJĘ NIE ŻYJĄC W SOBIE” Św. Jan od Krzyża 

 

Got anything to say? Go ahead and leave a comment!

You must be logged in to post a comment.

Uses wordpress plugins developed by www.wpdevelop.com