Kraków

Gdybym miała pisać o tym, jaką rolę w moim dotychczasowym życiu odgrywał Kraków, to wszelki czytelnik miałby śmiałe prawo do tego, by mnie wyśmiać, bo nigdy przedtem nie byłam w Krakowie. Jak można twierdzić, że jakieś miejsce ma ciebie wpływ jeśli nigdy tam nie byłeś? Ktoś mógłby powiedzieć: to tylko miasto, miejsce na mapie, zabytkowe budynki i mieszkający tam ludzie. I absolutnie miałby rację! Jednak czy można opisywać owoc po jego kształcie czy kolorze skórki? Czyż nie chodzi o smak? O zapach? Nie pisać o pestkach, z których będzie drzewo? Czyż można nie opisać drzewa, na którym owoc dojrzał? Kraków jest jak owoc, którego nie sposób poznać nie próbując go, nie zaznając go. Jednak zawsze można czytać, oglądać z daleka, podziwiać, słuchać innych, którzy mieli okazję rozkoszować się owym owocem. Tak było ze mną. Na samo słowo „Kraków” przychodziło mi do głowy pewne wyobrażenie budowane przez wiele, wiele momentów rozproszonych w czasie, wzmagających apetyt na ten kąsek.
Kraków stał się moją własną osobistą legendą, mitem, niedoścignionym marzeniem, magicznym tchnieniem wieczności. Uosobiłam go w swojej głowie jak uosobiłam uprzednio Warszawę zaznając jej aż nadto.
Czekała na ten dzień z niecierpliwością, chciałam aby był starannie przygotowany, aby zaznać Krakowa nie skalając go w jakiś turystyczny sposób. Bo naprawdę można jechać tam, gapić się na wszelkie budynki, nawet można im zdjęcia robić. Ale czy w tym rzecz? Zdecydowanie nie. Tym bardziej cieszę się z tego weekendu i tym bardziej oszałamiają mnie okoliczności mojego pierwszego wyjazdu do Krakowa.
Rok 2007 ogłoszono rokiem Stanisława Wyspiańskiego i ku mojej radości zostałam zaproszona przez Fundację AMF na wycieczkę mającą na celu przybliżenie Stypendystom Fundacji postaci Stanisława Wyspiańskiego. No i stało się – śladami Wyspiańskiego to jeden z pryzmatów, przez który można oglądać Kraków, ale nie miasto czy ludzi, ale całej tej magicznej otoczki towarzysącej całości tego Miesca Polski. Podróż ta zapowiadał się dla mnie niezwykle nie tylko ze względu na tematykę i cel wyprawy, ale przede wszystkim ta niezwykłość nosi imię i nazwisko! Mam tu na myśli Człowieka, który w 2000 roku podjął się prowadzenia tej części mnie, którą nazywam człowieczeństwem i po dziś dzień tą cząstkę prowadzi. Mam tu na myśli Panią Barbarę Porowską, którą z radością pieszczotliwie nazywam „Panią Profesor”, bowiem w szkole średniej uczyła mnie języka polskiego i co więcej mimo, choć minęło parę lat od ukończenia szkoły to dalej to robi. Ponadto uczy także łagodności w stosunku do życia, a to twarda i trudna sztuka, której niesposób opanować nie znając ludzi przepełnionych miłością.
W drodze oprócz grupy Stypendystów oraz opiekunów – p. Basi Bilwin oraz p. Julity Wiechno, dołączył do nas ks. Roman Tkacz oraz p. dr Ewa Krawiecka. Ogrom wiedzy jaki ci wspaniali ludzie można mierzyć oceanami. Grzechem by było z tego oceanu nie czerpać, więc gdy tylko nadarzyła się okazja do rozmowy, to zwyczajnie korzystałam. Przy okazji rozwiane zostało niezrozumienie co do kilku nurtujących mnie kwestii życiowych (wiem, że to brzmi bardzo prosto, ale czasem trzeba po prostu usłyszeć coś od drugiego człowieka by w to uwierzyć).
W miarę upływu podróży zauważyłam, że jej cel przestaje być po prostu Krakowem, a jest daleki i bliski za razem.
Rydlówka
Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy była „Rydlówka„. Muzeum Młodej Polski – miejsce niezwykłe i niezwykła przewodniczka – żona wnuka Rydla. Starsza pani, lecz pełna jakiejś budującej charyzmy i głębokiej pasji i życia tym, co robi. Przy okazji skutecznie rozstawiała nas po kątach tego uroczego dworku. Stanowcza i pewna siebie staruszka mówiła nam o czymś więcej niż historii Bronowic i rodziny Rydlów, ale o ludziach, o Polakach, o Polskości. Powiedziała nam, abyśmy nie dali wmówić sobie antysemityzmu, bo za jednego ocalonego Żyda, życie narażało 10 Polaków. Opowiadała jak to się zabija polską inteligencję, kulturę, by zabić ludzi. Zapadło mi to w pamięć, bowiem tematyka II wojny światowej przeraża mnie i kojarzy mi się z piekłem na ziemi. Nieczęsto myślę o tych wydarzeniach, ale tragedie XX wieku są mi bliskie i są jak zły sen, który staje się wspomnieniem poprzez uczucie, które mu towarzyszy. Uczta wiedzy zakończyła się wspólnym zdjęciem i wpisem do książki pamiątkowej – nie omieszkałam podpisać się jako „Beat(k)a” – a co tam!
Spóźnieni w Krakowie
Kolejnym etapem naszej podróży był Kościół na Skałce. Byliśmy spóźnieni nieco, więc nie udało się wejść do Kościoła, ale zwiedziliśmy podziemia, czyli „Kryptę zasłużonych”, gdzie znajdują się prochy wielkich Polaków, m. in. Stanisława Wyspiańskiego. Nasza pani przewodniczka okazała się osobą niezwykle obdarzoną w swoim fachu, a szczególnie jej sposób przedstawiania wszelkich postaci – jak u Wyspiańskiego – nie koloryzowała nikogo i nie wywyższała. Mówiła o ludziach i Krakowie i ich nieraz trudnych relacjach. Uosabiała Kraków, więc śmiem twierdzić, że nie tylko ja tak robię, śmiem twierdzić, że wszyscy mieszkańcy Krakowa też tak robią. Pani przewodniczka przeprowadziłas przez istny maraton po krakowskich ścieżkach Wyspiańskiego – m.in. Kościół św. Franciszka z Asyżu w Krakowie (modliłam się w miejscu, gdzie modlił się Jan Paweł II), Pawilon Wystawienniczo-Informacyjny Wyspiański 2000, Muzeum Wyspiańskiego.Wszystkie te miejsca ukazują Wyspiańskiego jako osobę wybitną, na miarę Leonarda da Vinci, pani przewodniczka ukazywała nam również jego „człowieczą” stronę przytaczając wiele sytuacji z jego życia nie koloryzując ani nie gloryfikując ich. Mówiła o jego relacjach z Franciszkanami, z Dominikanami, z przyjciółmi, z rodziną, o jego życiu osobistym, o jego twróczości, życiu, teatrze. Takich rzeczy nie wyczyta się z encyklopedii.
Było z niego niezłe źiółko i do tego malował kredkami
niesamowite! Czas do obiadu minął tak szybko, że nie dało się zauważyć kiedy. Posiłek spożyliśmy w „Kuranty Pub” i dostaliśmy porcje z kotletami na 2/3 talerza. A na deser było coś z kotem na lutrze jakiś owoców – całkiem smaczne. Obiad i czas wolny spędziłam z Kasią i Pawłem – dwójką niezwykłych młodych ludzi, dzięki którym odkryłam urok krakowskich… księgarni
Zakupiłam kilka książeczek w tym o Fridzie Khalo, by dalej rozwijać fascynację jej twórczością. Do tego gwar krakowskich uliczek późnego sobotniego popołudnia – mnóstwo ludzi, dużo życia, nieprzeniknionego uroku i wyjątkowy spokój wewnętrzny. Dużo ślubów, dorożek, molowniczych, egzotycznych twarzy i oczu. Te najbardziej malownicze to te najbliższe.
Teatr, „Mewa” i Anna Dymna
Rok temu na Boże Narodzenie otrzymałam niezwykły prezent od równie niezwykłej Osoby – od Wielkiego Przyjaciela, który także uczył mnie polskiego – od Joli Palmy. Wiedziała, że książka będąca rozmową z Anną Dymną o jej niezwykłej działalności i osobowości będzie dobrym prezentem. I tak otrzymałam „Warto mimo wszystko” i „chonęłam” w rekordowym jak na mnie tempie. Aby to dobrze zrozumieć trzeba po prostu przeczytać tą magiczną jak Kraków rozmowę o dobrym człowieku. Wiele dowiedziałam się o teatrze, o społeczności aktorów, o życiu, o trudzie, o miłości i niepełnosprawności widzianej oczami Anny Dymnej. Byłam oczarowana tym bardziej , gdy po zajęciu miejsc w teatrze im. Juliusza Słowackiego (na szczycie którego są postacie z „Pana Tadeusza”- wow) zobaczyłam, że jedną z głównych ról zagra Anna Dymna. A co więcej! Idąc do autokaru po sztuce, zobaczyłam ją z bukietem kwiatów i powiedziałam sobie: „teraz albo nigdy!”. No i stało się: podbiegłam, krzyknęłam „pani Anno!”. Opowiedziałam o tym, jakie wrażenie zrobiła na mnie książka i jej życie, niezwykły urok. Widziałam, że się spieszy, wiedziałam, że nie mogę się rozgadywać, więc poprosiłam o uścisk ręki i już. Powiedziałam jej, że jest dobrym człowiekiem i jako aktorka jest profesjonalistką. I uciekłam. Serce mi waliło jak nie wiem co. W sumie to trzeba mieć chyba nie pokolei, żeby mówić tak wielkiemu człowiekowi, że jest dobry czy niezwykły, bo tacy ludzie powinni to wiedzieć. Ale wiem, że ta „wielkość” łączy się z niezwykłym poczuciem samotności i czasem trzeba wrócić do prawdy o sobie w bardzo prosty sposób. Dlatego uważam, że jeśli człowiek jest dobry w tym, co robi czy w tym kim jest to zwyczajnie trzeba mu o tym powiedzieć.
Sztuka, na której byliśmy nosi tytuł „Mewa„, a jest autorstwa Antoniego Czehowa. Cóż… to bardzo trudna sztuka. Trudna w odbiorze, do tego bardzo smutna. Czechow nie zostawił na ludziach suchej nitki. W dyskusji w przerwie z młodzieżą dowiedziałam się też, że jest wiele nawiązań do „Hamleta”. Dyskutowało się na niezwykle wysokim poziomie. Sztuka wymagała wiele skupienia, co było dość trudne po wyczerpującym, acz radosnym dniu. Trzymałam się twardo. Starałam się. Sztuka opowiada o ludziach nie zdolnych do myślenia o nikim inny jak tylko o sobie – nie potrafiących kochać, żyjących w zakłamianiu, uciekających od problemów, marnujących sobie i innym życie. Każda postać wykazała się zaangażowaniem jedynie w pogoń za czymś niedoścignionym. A im bardziej starali się uwolnić od czegoś na rzecz „marzeń” tym bardziej się stawali zrozpaczeni. Jeden z bohaterów – Konstanty popełnia samobójstwo na koniec, a my możemy się zaledwie domyślać co się działo dalej. Znając życie to nic się nie zmieniło w tych pustych ludziach, mimo, że nie było za późno. Muszę przyznać, że po obejrzeniu czegoś takiego to naprawdę można złapać poważnego doła. No ale nic to! Młodzież przeżyła to dobrze i myślę, że podobało się i to było ważne. Czekał nas jeszcze wykład dr Ewy na temat Czechowa i jego twórczości – bardzo skrupulatnie do niego się przygotawała i mimo zmęczenia przedstawiła na i wyjaśniła wiele aspektów dotyczących Czechowa właśnie. Przypomina styl Wyspiańskiego – nie koloryzuje, nie gloryfikuje, nie upiększa. Prawdziwy, do bólu, ale prawdziwy.
Jama Michalika, akordeoniści i gołębie
Ośrodek, w którym zatrzymaliśmy się to dom rekolekcyjny o. Salwatorianów w Trzebini przy Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. Gościnność i profesjonalizm – dwa słowa odające charakter ośrodka. Rano mieliśmy Mszę. Żałowałam, że nie wzięłam gitary i to bardzo. Następnym razem nie ma innej opcji. Tym bardziej robawił mnie człowiek, który grał na gitarze i śpiewał nieprzyzwoite piosenki gdzieś tam w okolicach rynku. Kolejny dzień w Krakowie był dla nas słodki, bowiem trafiliśmy do miejsca niezwykle klimatycznego, który jest esencją czasów Wyspiańskiego. „Jama Michalika” – miejsce, a wręcz instytucja-legenda. Tamte czasy wymagały dużego poczucia humoru i kreatywności, a tego Krakowianom nie brakowało. Pani przewodniczka i wręcz ukazała namacalny urok tego miejsca, tamtych czasów. Ta kawiarnia żyła swoim własnym życiem! Życiem Krakowa! Zielony balonik…
to jest to! A wręcz „to je ono”!!! Czas wolny na Rynku spędziłam pod znakiem rozmów po angielsku, przy dźwiękach Bacha i przełamywaniem strachu przed gołębiami, i nie to, że jednym gołębiem, ale całym stadem (o zgrozo!)! Cóż… szit hapens. Z tego wszystkiego nie zaszłam do Katedry na Wawelu, aż Pani Porowska powiedziała, że mam zajść choć na chwilę… i byłam tam 2 sekundy i moja reakcja to oczy jak 5-cio złotówki i stwierdzenie „o kurna”! Żeby to ogarną to trzeba cały dzień! Dobrze, że tam na dłużej nie wchodziłam. Panią Ewę pożegnaliśmy w Krakowie.
Rozmowy
Jak już wspominałam dr Ewa Krawiecka i ks. Roman Tkacz to osoby o niezwykłej wiedzy i osobowości. Każda rozmowa z nimi wnosi tyle, że najchętniej robiłabym notatki. Czasem aż w głowie rodzi mi się tyle pytań, że w miarę rozmowy zapominam je kilka razy i muszę się skupić na szukaniu ich i na słuchaniu oczywiście. Tysiące myśli, wniosków podczas jednej rozmowy to już jest naprawdę sporo. Obcowanie z tak wybitnymi ludźmi sprawia, że jakby pokonuje wielką górę i widzi, że tam dalej coś jest i to ile! Jednak muszę przyznać, iż równie budujące i głębokie są rozmowy z młodymi ludźmi. Stypendyści to młodzież o wysokiej kulturze osobistej, a także i uroku. Mają w sobie mądrość i serdeczność, są niezwykli. Myślę, że ma na to wpływ zarówno fundacja jak i ich bogate wnętrza. Do tego są zwykłymi nastolatkami, w których jest radość i tęsknoty, szaleństwo i skupienie. Obcowanie z nimi otwiera na to, co normalne, dobre, odkrywcze, po prostu młode. Są jak słońca! Dużo widzą, dużo uczą się. Co więcej – ja się dużo nauczyłam. Mimo, iż byłam tam najstarsza i pojechałam jako opiekun to stwierdzam, że nie różnimy się niczym, prócz tego, że mam coraz większe braki w byciu młodą (w pasji odkrywania życia takim, jakie jest), a to źle. Dojrzałość to nie kwestia lat, jak próbuję sobie wmówić, choć totalnie sie z tym nie zgadzam. Czuję się sprowadzona na ziemię, na równe nogi i nie sprawił to Kraków i wspaniale zdobiony Teatr im. Julisza Słowackiego i nawet nie sztuka Czechowa, ale ci młodzi ludzie i ich dobre kwitnące oczy – nie sposób przewidzieć jaki owoc wydadzą z siebie, ale jestem pewna, iż owoc ten będzie podobny do Krakowa…
[...] “Iwanowa” pióra Czechowa. No cóż, moje doświadczenia z Czechowem sprzed dwóch lat (spektakl obejrzany w Krakowie “Mewa”) wskazywały na najwyższą półkę sztuki, ale czy ja się nadaję do oglądania takich sztuk. Ja [...]