Felietony
No Comments Nie dorastać do ludzi
fragmenty „Profili Cyrenejczyka” -Karola Wojtyły – interpretacja.
„Myśli człowieka”
„Nazwiska nie wymieniaj. Zwiąż z jakimkolwiek „ja”,
to wszystko, co się otwiera i zamyka pod tchnieniem ust,
to wszystko, co czasem umiera w klimacie serca,
co chodzi za człowiekiem po całych dniach,
co światło w noc przemienia i ciepło w mróz-
to wszystko. Żyją ludzie i rodzą się pokolenia
niosąc wraz z sobą ramiona, gwoździe i dziwny uraz.
Wciąż się od Ciebie odsuwa, a nie oddziela się ziemia
- więc rośnie w prostych myślach i niespodzianych konturach.”
Tak nie dorastać do ludzi, me dorastać do różnych ludzi,
których prawda zawisa nade mną jak konar smutnego drzewa.”
Stanął nad jeziorem, spojrzał na taflę spoglądając sobie prosto w oczy. Nie robił tego zbyt często, bo wiedział jak przenikliwe jest jego spojrzenienie. Nie lubił przenikać siebie samego, bo widział tylko bezkres, który doskonale znał, odkryty już bezkres jest mniej interesujący niż cudzy, niż obcy. Widział wszystkie te obce bezkresy zapisane w swoich oczach, gdy wpatrywał się w nie przenikliwie. Oczy – to jedyna rzecz, jaką tak naprawdę pamięta z ludzi. Miliony źrenic w jednej parze własnych oczu. Przerażające, ale oni tam mieszkają, prawda o nich w jego naiwnych oczach. Ile można widzieć dobroci chorej w grzechu? Konary smutnych drzew i ich smutne owoce. Usychające, gnijące od środka smutne drzwa i ich smutne konary – oczy, owoce ludzkich oczu…
„Nie dość jednakże niosę i nie dość ciężary dzielę.”
Patrzył długo, zapatrzył się, zatonął w bezkresie. Ile jeszcze się tam zmieści? Wiele, jeszcze wiele… bardzo wiele. Bo tyle jeszcze pustki w tym bezkresie. A tą pustkę wypełnia się powoli i spokojnie, przestrzeniami serc. Ilekroć bezkres poszerzył się tym większa pustka, tym więcej wypełnienia trzeba. Tym więcej serca, tym więcej oczu, głodnych oczu. Patrzył w siebie i nie mogł przestać. Nie mogł już…
„Nie dość, a myślę „zanadto”, ileż razy myślę tak.”
Mrugnął, pojawiły się łzy. Oderwał wzrok. Puskta ciąży i bezkres ciąży, czasem myślał „dość tego”! Czasem nie chciał spojrzeć już nikomu prosto w oczy, nie chciał już ich widzieć, nie chciał pamiętać. Ukrył oczy w dłoniach. Ileż razy już tak było, ile razy łamało się w nim coś, krzyczało „dość!”? Ile razy jeszcze krzyknie tak?
„Nazwisko moje zamilcz. Nie pozwól mi szukać siebie.”
„Jakie jest moje imię?” – pomyślał. Wystraszył się, wiedział jak się nazywa, wiedział doskonale, głos otrzymał rozkaz pewny i radykalny „Zamilcz”. Nie chciał szukać swego, nie chciał poklasku. Przecież nie szuka przygód, idzie spokojnie po bezkresie, potykając się co krok, ale idzie i dalej szuka pustki. Dostrzega ją i widzi jak ją wypełnić. Jest pewien, że uciął łeb hydrze, a tu próg… tych progów jest za dużo – „JA nie przejdę tego progu, Ja nie zabiję hydry, JA nie pójdę dalej, JA nie potrafię, JA tonę, JA… MOJE oczy, MÓJ bezkres, MOJA pustka”.
„Niech ślady moich stóp w własnej myśli zawiewa piach.”
Ni wiedzieć czemu jego odbicie w tafli pełnej wody, w które wpatrywała się, zadrżało, fala je poruszyła. Nie wiedzieć czemu jego twarz i jego odbicie dążyły do spotkania. Widząc swoje odbicie, widząc swoje oczy, nachylał się nad taflą jeziora, coraz głębiej i głębiej pochylając głowę, oczy pragnęły dotknąć tych oczu w jeziorze pełnym zwłok, topielców i bluszczy wodnych. Jedyny ratunek to niepamięć. Niepamięć o sobie. Patrzeć na siebie, w siebie i siebie nie widzieć, nie poznawać, nie wciągać się w siebie.