Recenzje filmowe
No Comments 500 days of Summer, czyli 1 h 25 min ciekawego filmu
Stwierdziłam, że trzeba sobie odpocząć i obejrzeć normalny film. Niekoniecznie po brzegi wypełniony refleksjami nad życiem i dramatami głównych bohaterów, rozterkami, przeżyciami, przemyśleniami… szczerze mówiąc to myśląc, że „500 dni miłości” będzie kolejną komedią romantyczną, dzięki której uniknę w filmie całej tej psychologicznej otoczki, bardzo się pomyliłam.
Zacznę od tłumaczenia tytułu – bardzo nieudane. Zbrodnia wręcz! Summer to imię dziewczyny głównego bohatera, a nie „lato” ani „miłość”. 500 dni Summer to fajna zagrywka słowna, która nawiązuje zarówno do imienia jak i pory roku… Film jest ciekawie zrealizowany – przedstawia historię miłosną (choć narrator zaprzecza, że jest to historia miłosna) dwojga ludzi, którzy poznali się w pracy, ale mają inne podejście do związków i bycia ze sobą. Ich relacja owocuje rozterkami, przeżyciami, przemyśleniami głównego bohatera. Jest to jednak ukazane w tak uroczy sposób, że nie zmęczyłam się aż tak bardzo jak by można było się spodziewać. Sposób, w jaki film jest zrealizowany przypomina mi „Amelię” momentami. Może to moje subiektywne odczucie, ale wzmożone jest przez piosenki Carli Bruni oraz wstawkami, gdy główny bohater – Tom, ogląda siebie w ckliwym filmie francuskim.
Nie jest to typowy hollywoodzki filmik o miłości. Pozkauje, że nie każda miłość jest tą jedną jedyną, że romantyzm zwycięża, ale okupiony jest bolesnymi doświadczeniami. Pokazuje sens pójścia dalej. Miłość owszem – uskrzydla, daje szczęście, ale potrzeba czegoś więcej – potrzeba woli. Jak to się ma do filmu? Trzeba zobaczyć te huśtawki czasu: dzień 1 a dzień 160, 35 a 350 – jaka diametralna różnica… i to wszystko ukazane jest w scenach jedna po drugiej. To bardzo ciekawe zestawienie. Trzeba zobaczyć koniecznie. Polecam.
