Bo każdy dzień jest inny. Idziesz do pracy i nigdy nie wiesz co zastaniesz, co się wydarzy. Każdy z tych dni układa mozaikę, po której stąpać będą następne pokolenia. Wiem, że to brzmi jak farmazon, ale z serca wierzę, że tak jest. Wierzę w to, że jeden kamień zmienia bieg lawiny. Gdy patrzę na siebie sprzed dwóch lat to stwierdzam, że już nigdy nic nie będzie takie samo… i dobrze! Praca nie jest najważniejsza, ale bardzo wiele zmienia. Dobrze spełniać się w tym co się robi, ostatnio widziałam taki demotywator:
Państwo płaci mi za coś, co od zawsze lubiłam robić – jestem blisko ludzi co więcej? Może nawet staram się ich wychować? Dać coś z siebie. W tym roku moja pierwsza klasa, którą mam jako wychowawca kończy szkołę. Zastanawiam się co będzie za rok, gdy już każdy pójdzie w swoją stronę. Zobaczymy, wiem jedno- nigdy ich nie zapomnę. Żałuję tylko, że nie byłam ich wychowawcą od I klasy i nie widziałam jak zmieniają się na przestrzeni 4 lat, ale jednak 2 lata spędzone razem to też już coś. Mam nadzieję, że dla nich też. Zobaczymy. Mamy za sobą pielgrzymkę do Częstochowy, kręcenie wstępu na studniówkę, niedługo próbna matura, studniówka i matura, potem egzaminy zawodowe… to minie szybciej niż im się wydaje. Sama jestem ciekawa jak to wszystko będzie wyglądało. Wierzę, że wszyscy zdadzą. W sumie tytuł wpisu powinie brzmieć nieco inaczej
Dlaczego warto być nauczycielem? Bo można być też wychowawcą.
Nie wiedziałam, nie przypuszczałam nawet, że można coś takiego zrobić kobiecie. Obejrzałam film oparty na faktach, na podstawie autobiograficznej książki autorstwa Waris Dirie p.t. „Kwiat pustyni” o takim samym tytule. Krzywda to zbyt nikłe słowo, by określić proceder, który wciąż praktykowany jest w Afryce. Od lat starożytnych rytualne usuwanie łechtaczek u małych dziewcząt było uznawane za dostępowanie „bycia kobietą”. Osoby, które nie zostały obrzezane określane są jako prostytutki. Usunięcie genitaliów oraz zaszycie ran często dokonywane jest starymi żyletkami bądź innymi „narzędziami” domowej roboty. Dziewczynki niejednokrotnie wykrwawiają się, doznają infekcji. To jest nie do pomyślenie jak wielką krzywdę wyrządza się ludziom w imię czego? Nawet nie chcę na to pytanie odpowiadać, bo nic, absolutnie nic nie tłumaczy takiego okrucieństwa. Gdy mężczyzna bierze za żonę obrzezaną kobietę ostrzem rozpruwa ją. To jest wstrząsające. Wiele kobiet ze względu na zły sposób zaszycia umiera przy porodach. Żyję w innej kulturze i to jest dla mnie obłęd jakiś. Zbiorowe szaleństwo. Zbrodnie rodzinne. Rany na całe życie. Okaleczenie fizyczne i psychiczne.
Waris Dirie
I tutaj pojawia się książka, a potem obejrzany przeze mnie film. Kultura jest ostrzem wymierzonym przeciw procederowi okaleczania kobiet. Czasem kultura jest jedyną bronią. Ktoś może powiedzieć, że to tylko film czy książka i że nic nie zmienią. Czy tak naprawdę nic? Świadomość ludzka się zmienia cały czas. Dla jednych jest to rytuał, a dla innych jest to zbrodnia. Film ukazuje historię przemiany, bo tak naprawdę bohaterka wzrastała w pewnym zakorzenionym od wieków przekonaniu o swojej kobiecości. Ona sama musiała uwierzyć w to, co dyktowało jej serce. Musiała znaleźć odwagę w sobie, by pójść w miejsce obrzezania, by uciec przed małżeństwem z jakimś starym obcym mężczyzną, by zacząć żyć, by w końcu zmienić myślenie o sobie samej i o przekonaniu, w jakim przez lata żyła. Jednak największą odwagę musiała znaleźć w sobie, by zacząć o tym mówić. Paradoksalnie to wielkie cierpienie stało się częścią jej tożsamości. Zapewne tą wielką ranę nosi w sobie nadal, ale uczyniła krok, by zmienić coś, by pokazać światu, że to zło dzieje się. Ilu z nas po prostu nie zdaje sobie sprawy z tego, co dotyka 6000 kobiet dziennie? …
Imię głównej bohaterki znaczy „kwiat pustyni”. Podobno znaczenie imienia ma wpływ na całe życie człowieka. Waris Dirie okazała się kwiatem na pustyni przemilczanego cierpienia. Zapewne wiele łez potrzeba było, by ów kwiat wyrósł i cieszę się, że mogłam zobaczyć film o tej niezwykłej osobie. Nie będę go oceniać, bo to nie ma sensu. Mogłabym się rozpisywać na temat pięknych krajobrazów, muzyki czy aktorki grającej główną rolę. Oceniając ten film, oceniałabym także przesłania, a to mija się z celem. Uważam, że jest to „lektura” obowiązkowa dla absolutnie każdej kobiety, by mogła dostrzec bogactwo wolności swojego ciała i duszy.
„District 9″ obejrzałam już jakiś czas temu, ale tak naprawdę dopiero chcę o nim pisać, bo muszę przyznać, że czuję się wstrząśnięta tym, co zobaczyłam i po prostu wracanie do filmu nie jest łatwe. No cóż, w pierwszym momencie myślałam, że to coś w stylu tych mega produkcji o nalocie kosmitów rodem z Hollywood, ale już od pierwszych minut filmu zmieniałam zdanie. To nie jest kolejny „Dzień niepodległości” to film o naszej ludzkiej niszczycielskiej naturze wobec wszelkiego, co inne. Jednak ta ludzka ułomność godzi w nas samych i obraca się przeciw nam. A jak to ukazali twórcy filmu?
W wielkim skrócie: obcy statek przylatuje sobie nad Johanesburg i no i co? I nic, więc ludzie postanowili dostać się do środka siłą. Wzięli narzędzia i po prostu wycieli dziurę, która zaprowadziła ich do wnętrza statku, gdzie znaleźli wycieńczonych obcych przypominających wyglądem krewetki. W życiu nie spodziewałam się, że krewetka może stać się obelgą, jednak stała się gdy kosmici zamieszkali wśród ludzi, a dokładniej w odseparowanym obozie, który z roku na rok stawał się obrazem nędzy i biedy. Ludzie odkryli, że obcy uwielbiają jeść karmę dla zwierząt i zrobią dla niej wszystko, oczywiście nasz gatunek zaczął to wykorzystywać. Poszliśmy też dalej. Chcąc pozyskać zaawansowaną technologię, ludzie dopuścili się morderczych badań na kosmitach. Po 28 latach ludzie postanowili „pozbyć się problemu” i przesiedlić kosmitów do innego obozu. Twórcy filmu ukazali kosmitów jako istoty silne i zdziwiło mnie, że nie zbuntowali się wobec traktowania ich jak niepotrzebne odpady. Jak pokazuje film – doskonale wiedzieli o tym, że ludziom tylko chodzi o to, by pozyskać ich technologię i ich powybijać do nogi. No cóż. Okazją do „ograniczenia ilości” obcych jest przesiedlenie. Do nadzoru akcji wybierają człowieka uległego, biurokratę, który większość swojego życia spędził moszcząc sobie ciepłe gniazdko rodzinne zza urzędowego biurka. Co więcej traktował kosmitów jako bezosobowe stwory. Przerażające było jak podpalił chatę pełną płodów obcych i miał z tego ubaw. Film ukazał jak system sprawił, że wrażliwy człowiek, bo takim niewątpliwie był Wikus Van De Merwe, nie dostrzega zła, które czyni. Nie dostrzega póki sam nie staje się „krewetką”, ale to już dla osób, które obejrzały film. Zmiana, która nastąpiła w tym człowieku nie tylko tyczy się jego egzystencji zewnętrznej, ale także wewnętrznej i ta zmiana pełna cierpienia ukazuje jak wielką krzywdę ludzie wyrządzają samym sobie przez dyskryminację innych. Zawsze może wydarzyć się w życiu coś, co sprawi, że to my będziemy ofiarami dyskryminacji – z wielu względów – niepełnosprawność, religia, pochodzenie, kolor skóry, orientacja seksualna czy nawet muzyka, której słuchamy. Nie trzeba być kosmitą, by cierpieć przez ludzi. Kiedyś ktoś powiedział mi takie słowa: jeżeli człowiek nie pomoże człowiekowi to kto pomoże ludziom? No właśnie.
Wikus Van De Merwe
Warto jeszcze wspomnieć o tym, że film jest w języku, w jakim nakręcony jest film. W pierwszym momencie myślisz, że to angielski… ale mają dziwny akcent. Wikipedia donosi, że jest to po angielsku, ale znajdziemy tam też Nyanja, Afrikaans, Zulu, Xhos, Sotho Warto przyjrzeć się tym południowo-afrykańskim dialektom, bo przypominają angielski, ale niejednokrotnie mają inne pochodzenie. Idąc tropem „Dystryktu” warto przyjrzeć się tamtejszej kulturze, która mimo, że przypomina amerykańsko-europejską ma niejednokrotnie dużo ciekawszy wydźwięk.
Film uważam za najlepszy science fiction jaki widziałam i zdecydowanie fabuła nacechowana jest paletą powodów do przemyśleń na temat naszej codzienności. Często wracam do tego filmu z przyjemnością, ale przede wszystkim z refleksją.