Tagged with " film"
sie 21, 2011 - Recenzje filmowe    No Comments

„District 9″, czyli rzecz o dyskryminacji

Polski plakat Dystrykt 9

Polski plakat Dystrykt 9

„District 9″ obejrzałam już jakiś czas temu, ale tak naprawdę dopiero chcę o nim pisać, bo muszę przyznać, że czuję się wstrząśnięta tym, co zobaczyłam i po prostu wracanie do filmu nie jest łatwe. No cóż, w pierwszym momencie myślałam, że to coś w stylu tych mega produkcji o nalocie kosmitów rodem z Hollywood, ale już od pierwszych minut filmu zmieniałam zdanie. To nie jest kolejny „Dzień niepodległości” to film o naszej ludzkiej niszczycielskiej naturze wobec wszelkiego, co inne. Jednak ta ludzka ułomność godzi w nas samych i obraca się przeciw nam. A jak to ukazali twórcy filmu?

W wielkim skrócie: obcy statek przylatuje sobie nad Johanesburg i no i co? I nic, więc ludzie postanowili dostać się do środka siłą. Wzięli narzędzia i po prostu wycieli dziurę, która zaprowadziła ich do wnętrza statku, gdzie znaleźli wycieńczonych obcych przypominających wyglądem krewetki. W życiu nie spodziewałam się, że krewetka może stać się obelgą, jednak stała się gdy kosmici zamieszkali wśród ludzi, a dokładniej w odseparowanym obozie, który z roku na rok stawał się obrazem nędzy i biedy. Ludzie odkryli, że obcy uwielbiają jeść karmę dla zwierząt i zrobią dla niej wszystko, oczywiście nasz gatunek zaczął to wykorzystywać. Poszliśmy też dalej. Chcąc pozyskać zaawansowaną technologię, ludzie dopuścili się morderczych badań na kosmitach. Po 28 latach ludzie postanowili „pozbyć się problemu” i przesiedlić kosmitów do innego obozu. Twórcy filmu ukazali kosmitów jako istoty silne i zdziwiło mnie, że nie zbuntowali się wobec traktowania ich jak niepotrzebne odpady. Jak pokazuje film – doskonale wiedzieli o tym, że ludziom tylko chodzi o to, by pozyskać ich technologię i ich powybijać do nogi. No cóż. Okazją do „ograniczenia ilości” obcych jest przesiedlenie. Do nadzoru akcji wybierają człowieka uległego, biurokratę, który większość swojego życia spędził moszcząc sobie ciepłe gniazdko rodzinne zza urzędowego biurka. Co więcej traktował kosmitów jako bezosobowe stwory. Przerażające było jak podpalił chatę pełną płodów obcych i miał z tego ubaw. Film ukazał jak system sprawił, że wrażliwy człowiek, bo takim niewątpliwie był Wikus Van De Merwe, nie dostrzega zła, które czyni. Nie dostrzega póki sam nie staje się „krewetką”, ale to już dla osób, które obejrzały film. Zmiana, która nastąpiła w tym człowieku nie tylko tyczy się jego egzystencji zewnętrznej, ale także wewnętrznej i ta zmiana pełna cierpienia ukazuje jak wielką krzywdę ludzie wyrządzają samym sobie przez dyskryminację innych. Zawsze może wydarzyć się w życiu coś, co sprawi, że to my będziemy ofiarami dyskryminacji – z wielu względów – niepełnosprawność, religia, pochodzenie, kolor skóry, orientacja seksualna czy nawet muzyka, której słuchamy. Nie trzeba być kosmitą, by cierpieć przez ludzi. Kiedyś ktoś powiedział mi takie słowa: jeżeli człowiek nie pomoże człowiekowi to kto pomoże ludziom? No właśnie.

Wikus Van De Merwe

Wikus Van De Merwe

Warto jeszcze wspomnieć o tym, że film jest w języku, w jakim nakręcony jest film. W pierwszym momencie myślisz, że to angielski… ale mają dziwny akcent. Wikipedia donosi, że jest to po angielsku, ale znajdziemy tam też Nyanja, Afrikaans, Zulu, XhosSotho Warto przyjrzeć się tym południowo-afrykańskim dialektom, bo przypominają angielski, ale niejednokrotnie mają inne pochodzenie. Idąc tropem „Dystryktu” warto przyjrzeć się tamtejszej kulturze, która mimo, że przypomina amerykańsko-europejską ma niejednokrotnie dużo ciekawszy wydźwięk.

Film uważam za najlepszy science fiction jaki widziałam i zdecydowanie fabuła nacechowana jest paletą powodów do przemyśleń na temat naszej codzienności. Często wracam do tego filmu z przyjemnością, ale przede wszystkim z refleksją.

Ocena: Zdecydowanie 10/10

maj 24, 2010 - Recenzje filmowe    No Comments

Proroczy niemy sen na skrzydłach muzyki Józefa Skrzeka

Plakat filmowy

Wiedziałam, że gdzieś już widziałam te obrazy… to przenikliwe uczucie towarzyszyło mi przez całą projekcję filmu „Metropolis” z 1926 roku w Kinie Kultura na Krakowskim Przedmieściu… Nie wierzyłam, ale to uczucie było ode mnie silniejsze. Jak jakieś dziwne wspomnienie z dzieciństwa, które wraca czasem w snach. Tym bardziej poruszona byłam tym niezwykłym wydarzeniem, jakim było obejrzenie filmu do muzyki granej na żywo przez Józefa Skrzeka – jednego z najwybitniejszych przedstawicieli multiinstrumentalistów obecnych czasów. Niezwykłe, jak muzyka grana na żywo może ubogacić niemy film. To tak jak by ktoś od razu go interpretował i opowiadał jak matka opowiada dziecku bajkę do snu. Dźwięki intrumentów klawiszowych użytych podczas projekcji budowały futurystyczny klimat, który w dzisiejszych czasach można spokojnie nazwać proroczym. Cała fabuła filmu jest niesamowicie epicka, wręcz bibilijna. Wizja przyszłego świata nie odbiega od tego, co dzieje się w obecnych czasach: podział na kasty wyższą i niższą: ręce i rozum. Cóż, cała idea filmu oparta jest na tym, że pośrednikiem między rozumem i rękami jest serce i taka też jest puenta, jednak po drodze odnajdujemy elementy nawoływania do rewolucji w ludzkich sercach i umysłach. Autorzy filmu operują na wartościach uniwersalnych – rodzinie, miłości, pracy, rządzy władzy, pożądliwości… to akurat nie zmienia się przez lata. Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze interpretuję Metropolis, więc zaczęłam drążyć w Internecie… i co oczywiście – Wikipedia prawdę ci powie… Natrafiłam na teledysk zespołu Queen! Radio Ga Ga! Tak to jest to- w tym teledysku wykorzystano fragmenty Metropolis i zapamiętałam z dzieciństwa wiele z tych obrazów. Były dla mnie dziwne i niezrozumiałe, ale teraz… ! Nic dodać nic ująć!

Serdeczne podziękowania dla Anny i Tomasza Pieńkos za tą iście transcendentną ucztę muzyczno – filmową.

maj 24, 2010 - Recenzje filmowe    No Comments

Normalny świat nienormalnych ludzi…

Plakat filmowy

… czyli recenzja filmu „One Million Dollar Hotel”.

Czasem w życiu bywa tak, że zaczynasz naprawdę żyć bardzo późno albo za wcześnie i wtedy żyjesz tak bardzo, że aż cierpisz… szczęście jest tak blisko, że nie zauważasz żadnego zagrożenia, niczego się nie boisz, po prostu wiesz co jest najważniejsze i tego się trzymasz. Nie potrafisz myśleć o niczym innym, nie potrzebujesz posiłków ani parasoli – możesz moknąć w deszczu nie czując głodu… Czasem szczęście jest tak bliskie, że gdy ci ktoś je odbiera, dusi cię żal jak by ktoś zabrał ci powietrze. Jednak nikogo nie obchodzi co czujesz, mimo, że nigdy wcześniej nie żyłeś naprawdę tylko kradłeś drobiazgi ze swojego życia, by dawać je innym, myślałeś, że dla tych chwil warto żyć. Nie warto, bo kradniesz samego siebie – nie daje się kradzionych rzeczy. Aby naprawdę kogoś obdarzyć sobą musisz siebie mieć, posiadać na własność swoją godność, znać swoją wartość i kochać siebie. By uczestniczyć w czyimś życiu, musisz być zdeterminowany i zdecydowany, musisz być pewny, bo takie drogi nie mają odwrotu, nie ma biletu powrotnego. Nie można całe życie biec oglądając się z tylnym wyjściem. Trzeba iść radośnie i nie oglądać się za siebie. Miłość wydobywa z nas ludzi, wydobywa prawdę, dobro i życzliwość. Życie daje mnóstwo możliwości, ale trzeba umieć wybierać szczęście prawdziwe, radość, choć czasem nie jest to łatwe i wydaje się niewłaściwe w pierwszym momencie, ale cokolwiek się dzieje… jest właściwe i trzeba w to wierzyć, bo wtedy się nie zgubisz. Tak… trzeba wielkiej wiary, żeby żyć. Nic się bez wiary nie dokonuje – nawet szczęście nie istnieje, jeśli w nie nie uwierzysz, a tym bardziej w Miłość. Nikt nie jest w stanie w tym pomóc, przekonać, ty musisz to w sobie mieć, na zawsze. O tym właśnie jest film „One Million Dollar Hotel„. Gdy obejrzałam go pierwszy raz – nie zrozumiałam go, wzięłam go zbyt dosłownie. Banda wariatów i dziwne śledztwo, nie wiadomo kto jest tak naprawdę psychiczny do końca. I ta dziwna miłość. Ale dziś wiem, że jest to film o miłości najczystszej ze wszystkich – miłości przepełnionej dziecięcym zapałem i niewinnością, szczerością i bezinteresownością. W tym filmie naprawdę czasem widz ma wrażenie, że mieszkańcy tytułowego hotelu są normalniejsi niż wszyscy dookoła. Nawet Agent Specjalny Skinner (Mel Gibson) jest jakby z pogranicza tych dwóch światów – normalnego i normalniejszego. On jeden rozumiał zarówno jeden jak i drugi świat. Gdy obejrzałam za pierwszym razem film to wydał mi się okropnym człowiekiem, kalekim na duszy i ciele, ale jednak on jeden rozwikłał dziwną zagadkę morderstwa w hotelu i do końca wierzył w Tom Toma… a nie przepraszam – Toma.

Ile dajemy?

8/10

Warto też poświęcić kilka zadań na muzykę filmową… genialną dla mnie jako osoby lubiącej twórczość zespołu U2. Podobno film jest pomysłu Bono, ale nie jestem pewna – sam wokalista irlandzkiej grupy pojawia się w filmie (wypatrujcie go!) jako statysta. Z filmu pochodzi piękna piosenka „Ground beneath Her feet”, którą zamieszczam poniżej.

Strony:1234567»
Uses wordpress plugins developed by www.wpdevelop.com