Felietony
No Comments Styczeń w marcu, a ze Styczniem Bryll
Na początku pragnę powiedzieć każdemu Czytelnikowi, żeby nigdy, ale to nigdy nie zapominał o tym, że jeżeli dawno już nie działy się cuda w jego życiu, to nie znaczy, że Bóg o nim zapomniał, tylko że te cuda się kumulują w jeden większy. I tak wykorzystując te nadprzyrodzone czasy takie jak Wielki Post, Bóg delikatnie dokonuje zakrzywień rzeczywistości, które powodują poważne zmiany w życiu, jeżeli im tylko pozwolimy na to, a nie ukrywam to nie jest łatwe. Jednak są wydarzenia, które ewidentnie temu służą i pomagają wpuścić do naszego wnętrza trochę światła – jak witraże w kościołach, nadając im migotliwy odcień wielobarwnych wzorów. Dla mnie jednym z głównych witraży jest muzyka – zawsze była i zawsze będzie, a w zestawieniu z poezją nadaje mojej duszy inny kształt, kolor. I tak trafiłam na koncert p.t. „Żebro Adama” do Dobrego Miejsca przy ul.Dewajtis. Koncertów ów był zorganizowany z okazji Dnia Kobiet i wzięli w nim udział: Marin Styczeń wraz z zespołem oraz wspaniały poeta współczesny Ernest Bryll (na marginesie pochodzi on z Komorowa koło Ostrowi Mazowieckiej, skąd i ja pochodzę).
Usłyszeliśmy utworzy muzyczne w wykonaniu Marcina przy akompaniamencie wspaniałych muzyków oraz utwory
Ernesta Brylla czytane przez samego autora. Niezwykłe zestawienie muzyki i poezji sprawiło wiele radości, ale również skłoniło do refleksji. Utwory były kontrastowe, bowiem Marcin wznosił nas pod szczyty duchowego uniesienia, Ernest sprowadzał na ziemię i ukazywał piękno zwykłych ludzkich spraw i miłości prosty, intrygujący sposób. Koncert przypomniał o tym, że trzeba płonąć nie za blisko nieba i nie za daleko, ale zawsze płonąć – płonąć jak pochodnia, która daje światło, ale tez i ciepło, które jest tak niezwykle bardzo potrzebne.
Polecam płytę „Brylowanie” Marcina Stycznia oraz tomik poezji „Chrabąszcze” Ernesta Brylla. Utwór, który zapadł mi w pamięć najbardziej z całego koncertu to: „Bez korzeni nie ma skrzydeł (muz. i sł. Marcin Styczeń)”. A! i zapamiętałam jeszcze, że cały czas się uśmiechali do siebie – to dość niespotykana sprawa. Panowie stworzyli niepowtarzalny klimat, który uważam, że jest równie ważny jak sama prezentowana muzyka. Granie i mówienie było swoistego rodzaju pogawędką dobrych znajomych i bajaniem o pięknej aurze obcowania z miłością – nie tylko do Boga, ale taką ludzką, bliską nam samym….
Szczególne podziękowania dla Ewelinki Cieśluk. Ona wie za co.


