Dawno nie słyszałam tak pozytywnego grania. Chociaż nazwa formacji może być myląca SuperHeavy to połączenie bardzo pozytywnych brzmień. W skład grupy wchodzą Joss Stone, Mick Jagger, David A. Stewart, A.R. Rahman, Damian Marley. Z takiego super połączenia musiało wyjść coś dobrego. Mamy tu mix kulturowy: od legendarnego rockmena rodem z The Rolling Stones po syna najsłynniejszego Jamajczyka w historii – Damian Marley’a. Owszem-granie jest niezwykle pozytywne i bogate brzmieniowo – skrzypce, elementy indyjskie, piękny głos Joss Stone i… Mick Jagger. Tak – tego nie da się porównać do niczego innego. Zabłysnęli przebojem „Miracle worker”, nawet fajny teledysk powstał. Ja zachęcam do przesłuchania płyty – nawet jako ciekawostkę muzyczną.
„District 9″ obejrzałam już jakiś czas temu, ale tak naprawdę dopiero chcę o nim pisać, bo muszę przyznać, że czuję się wstrząśnięta tym, co zobaczyłam i po prostu wracanie do filmu nie jest łatwe. No cóż, w pierwszym momencie myślałam, że to coś w stylu tych mega produkcji o nalocie kosmitów rodem z Hollywood, ale już od pierwszych minut filmu zmieniałam zdanie. To nie jest kolejny „Dzień niepodległości” to film o naszej ludzkiej niszczycielskiej naturze wobec wszelkiego, co inne. Jednak ta ludzka ułomność godzi w nas samych i obraca się przeciw nam. A jak to ukazali twórcy filmu?
W wielkim skrócie: obcy statek przylatuje sobie nad Johanesburg i no i co? I nic, więc ludzie postanowili dostać się do środka siłą. Wzięli narzędzia i po prostu wycieli dziurę, która zaprowadziła ich do wnętrza statku, gdzie znaleźli wycieńczonych obcych przypominających wyglądem krewetki. W życiu nie spodziewałam się, że krewetka może stać się obelgą, jednak stała się gdy kosmici zamieszkali wśród ludzi, a dokładniej w odseparowanym obozie, który z roku na rok stawał się obrazem nędzy i biedy. Ludzie odkryli, że obcy uwielbiają jeść karmę dla zwierząt i zrobią dla niej wszystko, oczywiście nasz gatunek zaczął to wykorzystywać. Poszliśmy też dalej. Chcąc pozyskać zaawansowaną technologię, ludzie dopuścili się morderczych badań na kosmitach. Po 28 latach ludzie postanowili „pozbyć się problemu” i przesiedlić kosmitów do innego obozu. Twórcy filmu ukazali kosmitów jako istoty silne i zdziwiło mnie, że nie zbuntowali się wobec traktowania ich jak niepotrzebne odpady. Jak pokazuje film – doskonale wiedzieli o tym, że ludziom tylko chodzi o to, by pozyskać ich technologię i ich powybijać do nogi. No cóż. Okazją do „ograniczenia ilości” obcych jest przesiedlenie. Do nadzoru akcji wybierają człowieka uległego, biurokratę, który większość swojego życia spędził moszcząc sobie ciepłe gniazdko rodzinne zza urzędowego biurka. Co więcej traktował kosmitów jako bezosobowe stwory. Przerażające było jak podpalił chatę pełną płodów obcych i miał z tego ubaw. Film ukazał jak system sprawił, że wrażliwy człowiek, bo takim niewątpliwie był Wikus Van De Merwe, nie dostrzega zła, które czyni. Nie dostrzega póki sam nie staje się „krewetką”, ale to już dla osób, które obejrzały film. Zmiana, która nastąpiła w tym człowieku nie tylko tyczy się jego egzystencji zewnętrznej, ale także wewnętrznej i ta zmiana pełna cierpienia ukazuje jak wielką krzywdę ludzie wyrządzają samym sobie przez dyskryminację innych. Zawsze może wydarzyć się w życiu coś, co sprawi, że to my będziemy ofiarami dyskryminacji – z wielu względów – niepełnosprawność, religia, pochodzenie, kolor skóry, orientacja seksualna czy nawet muzyka, której słuchamy. Nie trzeba być kosmitą, by cierpieć przez ludzi. Kiedyś ktoś powiedział mi takie słowa: jeżeli człowiek nie pomoże człowiekowi to kto pomoże ludziom? No właśnie.
Wikus Van De Merwe
Warto jeszcze wspomnieć o tym, że film jest w języku, w jakim nakręcony jest film. W pierwszym momencie myślisz, że to angielski… ale mają dziwny akcent. Wikipedia donosi, że jest to po angielsku, ale znajdziemy tam też Nyanja, Afrikaans, Zulu, Xhos, Sotho Warto przyjrzeć się tym południowo-afrykańskim dialektom, bo przypominają angielski, ale niejednokrotnie mają inne pochodzenie. Idąc tropem „Dystryktu” warto przyjrzeć się tamtejszej kulturze, która mimo, że przypomina amerykańsko-europejską ma niejednokrotnie dużo ciekawszy wydźwięk.
Film uważam za najlepszy science fiction jaki widziałam i zdecydowanie fabuła nacechowana jest paletą powodów do przemyśleń na temat naszej codzienności. Często wracam do tego filmu z przyjemnością, ale przede wszystkim z refleksją.
Wiedziałam, że gdzieś już widziałam te obrazy… to przenikliwe uczucie towarzyszyło mi przez całą projekcję filmu „Metropolis” z 1926 roku w Kinie Kultura na Krakowskim Przedmieściu… Nie wierzyłam, ale to uczucie było ode mnie silniejsze. Jak jakieś dziwne wspomnienie z dzieciństwa, które wraca czasem w snach. Tym bardziej poruszona byłam tym niezwykłym wydarzeniem, jakim było obejrzenie filmu do muzyki granej na żywo przez Józefa Skrzeka – jednego z najwybitniejszych przedstawicieli multiinstrumentalistów obecnych czasów. Niezwykłe, jak muzyka grana na żywo może ubogacić niemy film. To tak jak by ktoś od razu go interpretował i opowiadał jak matka opowiada dziecku bajkę do snu. Dźwięki intrumentów klawiszowych użytych podczas projekcji budowały futurystyczny klimat, który w dzisiejszych czasach można spokojnie nazwać proroczym. Cała fabuła filmu jest niesamowicie epicka, wręcz bibilijna. Wizja przyszłego świata nie odbiega od tego, co dzieje się w obecnych czasach: podział na kasty wyższą i niższą: ręce i rozum. Cóż, cała idea filmu oparta jest na tym, że pośrednikiem między rozumem i rękami jest serce i taka też jest puenta, jednak po drodze odnajdujemy elementy nawoływania do rewolucji w ludzkich sercach i umysłach. Autorzy filmu operują na wartościach uniwersalnych – rodzinie, miłości, pracy, rządzy władzy, pożądliwości… to akurat nie zmienia się przez lata. Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze interpretuję Metropolis, więc zaczęłam drążyć w Internecie… i co oczywiście – Wikipedia prawdę ci powie… Natrafiłam na teledysk zespołu Queen! Radio Ga Ga! Tak to jest to- w tym teledysku wykorzystano fragmenty Metropolis i zapamiętałam z dzieciństwa wiele z tych obrazów. Były dla mnie dziwne i niezrozumiałe, ale teraz… ! Nic dodać nic ująć!
Serdeczne podziękowania dla Anny i Tomasza Pieńkos za tą iście transcendentną ucztę muzyczno – filmową.