Recenzje filmowe
No Comments Drzewo zadziwienia
Są filmy, które się ogląda i są filmy, które się przeżywa. Czasem jest pół na pół. W większości się ogląda, ale co, gdy bardziej się przeżywa? „Drzewo życia” ma w sobie 1% filmu i 99% przeżyć. Odkładałam obejrzenie go bardzo długo. Może podświadomie czułam, że to po prostu nie będzie łatwe. I nie było. Drzewo życia to drzewo poznania dobra i zła. Film o takim tytule nie może być łatwy. Wszystko, co w nim widzimy, najpierw dostrzegamy w sobie. Każdy na swój własny sposób odbierze film i zobaczy go inaczej, przeżyje go inaczej, inne emocje zabiorą widza w świat doświadczania, w stan, gdy najintensywniej się żyje.
Dziś usłyszałam pytanie „co znaczy żyć?”. W pierwszym momencie odpowiedziałam to znaczy kochać, potem dodałam, że to znaczy oddychać, jeść, myśleć, spać, odczuwać. Na początku filmu jest mowa o tym, że są dwie drogi: natury i duszy. Zapamiętałam tylko, że dusza uśmiecha się do wszystkich, a natura chce się sama zaspokajać. Następnie padają pytania o życie. Chwile, kiedy pierwszy raz w życiu zadajemy, kiedy pierwszy raz w życiu zdajemy sobie z czegoś sprawę, momenty, które czynią z nas to, kim jesteśmy, ulotne iskry, które budują naszą tożsamość. Jest beztroska, która jest największą siłą naszego ludzkiego serca, a później przychodzi czas, poprzez który się od niej oddalamy. Nie podróżujemy w przestrzeni, ale w czasie, który jest nam dany – świat nie zna czasu, tylko my go znamy, tylko my z nim walczymy, tylko dla nas jest. Wszystko istniej poza czasem, nawet nasze życie, które dostajemy do przebycia w czasie. Próbujemy rozwikłać zagadki, do której kluczem jesteśmy my sami, próbujemy zrozumieć bieg wydarzeń, który jest naszą przestrzenią życia odmierzaną łyżeczką czasu. Są dwie drogi: natury i miłości w istocie. Każdą z dróg symbolizuje moim zdaniem jedno z rodziców w filmie: matka miłości i ojciec natury. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale sposób, w jaki film jest zrobiony, działa jakby poza naszym rozsądkiem – lekko zarysowując historię pewnej rodziny, dotyka intymnych części duszy zarezerwowanej tylko dla nas samych. Nie staram się przeanalizować fabuły, bo można by się tu rozpisywać, ale chcę się skupić na tym ładunku emocji, jakie wywołał we mnie film. Czuję się jakbym spotkała się sama ze sobą. To tak jak zobaczyć życzliwą osobę sprzed lat, w której zostawiłeś cząstkę siebie. Świat się nie dziwi faktem, że sam przemija, bo jest poza czasem, a więc jest poza przemijaniem. A to my ustawicznie przemijamy i dziwimy się temu – coś, co kiedyś dla nas było załamaniem się świata, dziś jest błachostką. Czyż nie na tym polega Miłosierdzie Boga? On patrzy na nas naszymi oczami, które mamy na początku i na końcu swojej podróży. On się niczemu nie dziwi – jest jak wszystko, co stworzył – poza czasem. A my? Odkrywamy wciąż to, co znamy, co dostaliśmy – własne życze poprzez płaszczyznę czasu. A tych płaszczyzn jest nieskończenie wiele. Na tym polega nieśmiertelność. Przychodzi czas, gdy przestajemy się dziwić. Wtedy jest moment, by pójść dalej…
Dla mnie „Drzewo życia” to arcydzieło pełne piękna, prawdy życiowej i tego czegoś, za czym wszyscy tęsknimy – niektórzy nazwą to beztroską dzieciństwa, a ja nazwę to momentami, gdy żyjemy najintensywniej. Czy można cały swój czas żyć najintensywniej? Jak w dzieciństwie? Mam nadzieję, że tak i jedyne, co mogę zrobić to przestać myśleć o przemijaniu i dziwić się coraz to nowym płaszczyznom mojego życia, spotykać siebie na nowo – jak teraz, po obejrzeniu „Drzewa życia”. Polecam gorąco.

